poniedziałek, 31 marca 2014

"Dolce Vita" - słodkie logo

   Ostatnim razem opisałem logo zespołu Linkin Park. Z wiadomych powodów był to temat muzyczny. Jeżeli ktoś - sugerując się tytułem - oczekuje tematu filmowego, to muszę go rozczarować, słodko rozczarować. Dziś tematem przewodnim są słodkości w postaci tortów i innych cudów cukierniczych. Dzieje się tak, ponieważ Pani Ola - która wyczarowywuje wspomniane "testery silnej woli" - zapragnęła zmaterializować swoje logo, które będzie zdobiło jej pracownię. Zadanie było pozornie łatwe, ale tylko pozornie. W zwiazku z tym, że wspomniana Pani "obserwuje " mnie już od dłuższego czasu, czułem się  tak, jakby ktoś patrzył mi na ręce. Poziom stresu wzrósł mi z 3,34 do 3,36 (gdy na przykład idę w czerwonej koszuli i staje mi na drodze przypadkowo spotkany byk, to mam 3,35). "Odprawa bojowa" była krótka: "Wielkie litery mają mieć dwanaście centymetrów wysokości i mają być różowe, elipsa ma być biała. Całość proszę delikatnie przeszlifować. Czekam niecierpliwie na przesyłkę". No cóż, waleriana zbiła poziom stresu do sensownego minimum, w wyniku czego realizacja przebiegła miło i sprawnie. Białe, eliptyczne tło ma pięćdziesiąt pięć centymetrów szerokości, czyli sporo. Wykonałem je ze sklejki o grubości dwunastu milimetrów. Litery mają natomiast sześć milimetrów grubości i również zostały wykonane ze sklejki. Przed montażem, całość (tło i litery) została delikatnie przetarta drobnoziarnistym papierem ściernym. Potwierdziła się stara prawda - pisałem to już kiedyś - kolor biały i różowy pięknie współgrają i tworzą wyjątkową kompilację. Ktoś, kto ma silną "alergię" na róż, zapewne nie potwierdzi tego.

   Moje zadanie wykonane. Poczta Polska również wywiązała się sprawnie ze swoich obowiązków. Cieszy mnie to niezmiernie, bo paczka była słusznych rozmiarów i sporo ważyła. Ufff, po tym wszystkim wypadałoby się trochę zrelaksować. Może jakaś wojna na torty, kto chętny? Jak by co, to ja rzucam tym tortem (1,9 kilograma to sporo...). Uwaga! Leci!


                                                                                                Jacek





piątek, 28 marca 2014

Gorączka sobotniej nocy - logo zespołu Linkin Park

   Dziś będzie temat muzyczny. Litery i napisy wyrywają się, żeby "błyszczeć", ale chwila odpoczynku im się przyda. Wyjdzie im to tylko na dobre. Zgodnie z zasadą, że nie samymi literami i napisami żyje człowiek, prezentuję wykonane kiedyś logo zespołu Linkin Park. Gdy usłyszałem, o jaką ozdobę chodzi, to już wiedziałem co mnie czeka, oj wiedziałem. Dzień realizacji i temat "muzyczny" stworzyły moją prywatną gorączkę sobotniej nocy. Wieczorem wszedłem do pracowni dokładnie tak samo jak John Travolta do dyskoteki w tym kultowym filmie - krokiem tanecznym, w takt piosenki " Stayin alive" zespołu Bee Gees, rozglądając się przy tym w charakterystyczny sposób (w filmie od 1:08 do 1:20). W zasadzie, w tamtym momencie skończyły się wszystkie podobieństwa między mną a Travoltą. Jeśli on tańczy w pierwszej lidze, to ja jestem w innym miejscu, kilka lig niżej i nie mam zamiaru awansować wyżej. Zresztą, gdybym miał na sobie taką koszulę jak on wtedy, to na bank zaplątałbym się w ten gigantyczny kołnierz. Całe szczęście, że nie muszę żyć z tańca. Wolę wycinać literki z drewna, w tym czuję się pewniej. 
   Kolejny sobotni wieczór minął, wniosek jest prosty: jaka sobota, taka gorączka (a może odwrotnie?). Najważniejsze, że ozdoba została wykonana "za jednym podejściem", bo niedzieli z Bee Gees prawdopodobnie już bym nie przeżył. Pocieszające jest to, że jutro znów sobota i... "Ah, ha, ha, ha, stayin' alive, stayin' alive".

PS
   Mój sceptyczny stosunek do tańca jest ściśle związany z moim racjonalizmem. Ciekawe, czy wszystkie osoby, które lubią tańczyć, zadają sobie równie racjonalne pytanie: co będzie, jak na Ziemi wylądują kosmici i zapytają o tę dziwną czynność, którą wykonujemy? Nie ma takiej możliwości, żeby wyjść z tego zachowując twarz. Wolę dmuchać na zimne, a w ramach szaleństwa, to ja mogę sobie kupić zestaw garnków w sklepie Mango (albo inne cudowne plastry, oczywiście jako uzupełnienie zestawu "Małego egzorcysty").


                                                                                                                                               Jacek






piątek, 21 marca 2014

Drużyna A

   "Czterech komandosów skazano za przestępstwo, którego nie popełnili. Udało im się zbiec z więzienia i ukryć w Los Angeles. Nadal są poszukiwani. Działają jako najemnicy. Jeśli masz kłopot i nikt nie może ci pomóc, możesz ich wynająć. Drużyna A!". 

   Tak przynajmniej zapewnia lektor w czołówce serialu. Zanim jednak ktoś zdecyduje się na usługi tej bohaterskiej czwórki, niech wcześniej dobrze zastanowi się. Jeżeli kłopot będzie związany z drewnianymi literkami, jestem pewien, że poradzę sobie równie dobrze, a może nawet lepiej. Dodatkowo nie trzeba mnie szukać w Los Angeles (przynajmniej na razie). Jakby to pięknie brzmiało: jestem najemnikiem, dostałem zlecenie na "B", "M" i "K". Gdybym trafił do więzienia za wszystkie moje dotychczasowe "zlecenia", to zapewne do takiego, że ho, ho. Może nawet do A jak Alcatraz, kto wie, kto wie.
 

   Jeżeli jednak problem będzie inny, na przykład miły sąsiad, który o drugiej w nocy, po raz kolejny testuje swój nowy głośnik basowy, to pomoże jedynie Drużyna A. I już nie będzie, że to jego sprawa, że to jego mieszkanie, oj nie. Biały miś z jego ulubionej piosenki może już nie być taki biały, a majteczki na pewno już nie będą w kropeczki.

                                                                                                                                          Jacek


sobota, 15 marca 2014

Setny post - moje "małpy", mój cyrk

   Pierwszy post zamieściłem na tym blogu w listopadzie 2012 roku. Na symbol mojego cyberświata wybrałem wtedy "małpę". Setny post zobrazuję tym samym symbolem. Uważam, że jest on nadal aktualny, a może nawet bardziej niż wtedy, gdy rozpoczynałem swoją przygodę z blogiem. Sto wpisów, ufff, dałem radę. Są wśród nich artykuły o wyrzynarkach włosowych, które są - biorąc pod uwagę ich objętość - znacznym śladem na blogu. Podejrzewam, że większość zainteresowanych nie przedarła się przez całość. Jeśli jest ktoś, kto przeczytał wszystkie, na pewno był mocno zdeterminowany. Kilka słów poświęciłem sprawom nie związanym z drewnem. Pozostałe posty dotyczą tego, czym się zajmuję zawodowo, królują tu litery i napisy z drewna. Gdy zaczynałem, wydawało mi się, że sto wpisów to bardzo dużo. Dziś nadal tak uważam, nawet więcej, przyznaję - to kawał ciężkiej "roboty". Wiedziałem z czym się mierzę, nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Pewna rzecz cieszy mnie niezmiernie, mianowicie to, że ktoś tutaj zagląda. To najważniejsze. Jedno szczerze obiecuję, jeżeli byłem złośliwy lub niepoprawny, to uroczyście ślubuję, że tak będzie nadal i nigdy się to nie zmieni. 
   Sto postów stało się faktem, czas na następną setkę. Skoro padło już słowo "setka", to przyznam się do czegoś. Pisząc tutaj trzymam się pewnej świętej i sprawdzonej zasady: piłeś - nie bloguj. Nawet bez tego mnie czasem ponosi, strach pomyśleć, co by było, gdyby... Cóż, nobody is perfect. 

                                                                                                Jacek  





      

sobota, 8 marca 2014

Inicjały ślubne - wersja z sercem

   Na początku było serce (ale zabrzmiało, wręcz biblijnie), opisałem je w jednym z wcześniejszych postów. Wtedy nie było jeszcze malowane, teraz dostało jasnozielone szaty. Zestaw dopełniają litery o wysokości 200 mm i grubości 24 mm. One natomiast zostały pomalowane na biało, czyli klasyka. Zgodnie z ostatnią passą (kilka projektów), drewniane literki zostały znacznie zmodyfikowane. Były piękne, ale nie nadawały się do postawienia. Komplet prezentuje się okazale, nie da się tego ukryć, gabaryty ozdoby mają w tym duży udział. Jestem pewien, że inicjały będą ozdobą nie tylko w czasie przyjęcia, ale również długo po nim. Oby jak najdłużej.

                                                                                                  Jacek






niedziela, 2 marca 2014

Inicjały - wersja "old"

   Ozdoba została stylizowana na taką, która niejedno już przeżyła i widziała. Jedynym środkiem było malowanie i przecieranie. Drewno sosnowe jest wręcz stworzone do tego typu zabiegów, farba głęboko wnika w pory i tworzy kompozycje zgodne z układem słojów. Delikatne szlifowanie papierem ściernym potęguje ten efekt. To, w jakim stopniu zeszlifujemy farbę, bezpośrednio przełoży się na postarzenie. W tym konkretnym wypadku wyraźnie widać efekty "destrukcyjne". Całość jest słusznych rozmiarów, wysokość liter wynosi 150 mm, a grubość materiału 24 mm. Dla porządku muszę jeszcze dodać, że litera "K" została mocno zmodyfikowana, w oryginalnej wersji jest bardzo wymyślna. Bez tego zabiegu dolna laseczka kończyłaby się kilka centymetrów niżej. 
   Moja żona nazywa tego typu wykończenie (przecieranie, shabby) w sposób następujący: "znowu popsułeś...". W związku z tym tytuł tego wpisu mógłby równie dobrze brzmieć tak: "Inicjały - znowu popsułem".

                                                                                               Jacek