niedziela, 27 października 2013

"Bon APPETIT" - mały, mniejszy, najmniejszy

    Nie jest to najmniejszy napis jaki kiedykolwiek wykonałem, ale z całą pewnością nie można go zaliczyć do olbrzymów, które potrafią nachalnie zdominować otoczenie swoją obecnością. Należy on raczej do grupy ozdób, które nie narzucają się, a ich obecność jest ze wszech miar symboliczna. Literki mają tylko 6 centymetrów wysokości, a całość jest kombinacją trzech różnych fontów. Mówiąc krótko - małe, a cieszy.
    Amerykanie twierdzą, że mają wszystko największe i kochają to. Ich zapewne nie wzruszę. Inni natomiast mówią, że małe jest piękne. Jeszcze inni powiadają - de gustibus non est disputandum. A napis mówi "smacznego". Ja trzymam jego stronę.


Jacek


czwartek, 24 października 2013

"Sweet Dreams" - błękit nieba

    Postanowiłem wprowadzić kilka napisów, które będą ozdobami pokojów dziecięcych. Muszę przyznać, że jest to bardzo kreatywne i satysfakcjonujące zajęcie. Przede wszystkim trzeba wybrać odpowiednie słowa, które stworzą oczekiwaną atmosferę. Nieodłącznym elementem towarzyszącym dzieciństwu są na pewno kolory. Ich dobór będzie również bardzo ważny. Jedne kolory będą uniwersalne, inne sprawdzą się lepiej w konkretnych zastosowaniach. Na koniec zostawiłem sobie dobór krojów liter, nie mogą to być wybory przypadkowe. Jedno jest pewne, literki muszą uśmiechać się i powinna emanować z nich radość. Nie będzie tu miejsca na  litery o lordowskich manierach, ma być wesoło i ciepło, to warunek. Wszelkie klasyczne i stylowe modele będą miały chwilę oddechu, zapewne odpoczną razem ze swoją ulubioną czarną farbą.

    Jednym z pierwszych tego typu napisów jest prezentowany dziś "Sweet Dreams". Wybrałem kolor błękitny, bardzo lubię taki właśnie odcień - jasny, ale żywy. Uważam, że jest to kolorystka bardzo uniwersalna, pięknie wypełni pokój chłopca, jak i dziewczynki. Przyznaję jednak, że napis ten prezentuje się również fantastycznie w kolorze różowym. Ozdoba może stać samodzielnie, może również zostać zamocowana na ścianie. Prawdopodobnie to drugie rozwiązanie będzie wprost idealne.

    Wydaje mi się, że zakładany efekt osiągnąłem. Napis promieniuje radością i uśmiecha się figlarnie. Mam nadzieję, że nie tylko ja tak go odbieram.


Jacek







poniedziałek, 14 października 2013

"I kiss better than I cook"

   Napis, który dziś przedstawię ("Lepiej całuję niż gotuję"), powstał w wyniku zastosowania popularnego chwytu socjotechnicznego, którego byłem adresatem. Powiem tylko tyle, że moja reakcja była natychmiastowa i zupełnie przewidywalna przy tego typu "zagraniu". Wypowiedziałem mianowicie sakramentalne "ja nie dam rady?", równocześnie prezentując spojrzenie, które może jeszcze nie spopiela, ale już mocno parzy. W rewanżu zostałem potraktowany równie serdecznym spojrzeniem, które w jednej chwili zdjęło rozmiary mojej trumny. Po wymianie pozostałych grzeczności, rozpocząłem realizację.
   Zgodnie z zasadą, że wyzwania i jednocześnie kłopoty to moja specjalność, nie miałem wyjścia. Przede wszystkim musiałem stawić czoła dużym gabarytom ozdoby. Projekt taki w zasadzie powinien być zrealizowany na maszynach numerycznych (laser lub frezarka). Wyrzynarki włosowe mają swoje ograniczenia, rozmiar obrabianego przedmiotu jest jednym z nich. Jeżeli dodatkowo mamy do czynienia z prefabrykatem, który jest zbliżony proporcjami do kwadratu, a musimy wycinać na całej jego powierzchni, sprawa komplikuje się znacznie. Finalne wymiary sentencji, którą wykonałem, wynosiły około 60 x 55 cm. Materiałem była sklejka brzozowa o grubości 12 mm. Zapewne ktoś może zarzucić mi przesadne wyolbrzymianie problemu, ja jednak będę trzymał się swojej wersji. Dlaczego? Dlatego, że różnica między "wyciąć", a "wyciąć perfekcyjnie" jest taka, jak między kluczem francuskim, a dajmy na to - kluczem wiolinowym. Skoro projekt był wynikiem ambitnego uniesienia, poszedłem o krok dalej. Postanowiłem - laser będzie zawstydzony! Jeżeli zostanę kiedyś zapytany o to, który ze swoich napisów uważam za najciekawszy, odpowiem - właśnie ten, motto "Lepiej całuję niż gotuję". Właśnie sobie uświadomiłem, że ja w zasadzie oprócz wody nic nie gotuję, o zgrozo...

   Na koniec dodam, że było to wyzwanie z rodzaju tych, które podejmuję tylko raz. Nawet gdyby dziś zwrócił się do mnie z "propozycją nie do odrzucenia" sam Vito Corleone, powiedziałbym mu zdecydowane "nie". Wiem, wiem, zapewne  usłyszałbym coś w tym stylu: "...przychodzisz do mnie w dniu ślubu mojej córki, prosisz mnie o przysługę, a teraz napisu nie chcesz dla mnie wykonać?". No, takiego nie chcę, ale inny mogę. Panie Corleone, może gustowny napis "Love" by sobie Pan zamówił...

Jacek






poniedziałek, 7 października 2013

"Dream" - jasnofioletowe wcielenie

    Odnoszę nieodparte wrażenie, że w ostatnim czasie jestem wystawiany na próbę, ciężką próbę. Czuję się jak uczestnik teleturnieju pod tytułem "Jaki to kolor". Tak, zgadza się, chodzi o kolory napisów, które wykonuję w ostatnim czasie. Jeżeli dodam, że napisy zamawiają w zasadzie tylko panie, sprawa wyjaśnia się.  Najgorsze w tym wszystkim jest to, że kobiety uważają mężczyzn za istoty kompletnie nie znające się na kolorach. Podobno my mężczyźni, dzielimy kolory na ładne i brzydkie, nic ponad to. Panie natomiast (tak twierdzą), znają wszystkie kolory i basta! Mało tego, potrafią rozróżniać trzydzieści osiem odcieni danej barwy. Zapewne to dodatkowy zmysł, który pozwala zadręczać mężczyzn. Już nigdy nie odpowiem żadnej kobiecie na podchwytliwe pytanie, które będzie dotyczyło kolorów jej garderoby. Prędzej wykpię się daltonizmem, niż dam się podpuścić. 
    Jedno jest pewne, muszę polubić wszystkie te pistacjowe, waniliowe, lawendowe, ecru, łososiowe i inne "śliczności". O amarantowym, ametystowym, antracytowym, cynobrowym, oberżynowym, nawet nie wspomnę. Nikt nie pyta, po co "wyrywać" się do odpowiedzi.