poniedziałek, 8 lutego 2016

"Wesele". Opowiadanie wędkarskie

Dziś będzie trochę nietypowo, bo bez udziału drewnianych liter. Tak się składa, że napisałem kilka opowiadań, a większość z nich to opowiadania wędkarskie. Nic nie stoi na przeszkodzie - tak pomyślałem -żeby podzielić się nimi również z gośćmi tego blogu. Robiąc to, co robię, nie chowam się za bezdusznymi maszynami, nie jestem anonimowy. Praca jest elementem całego mnie, więc jestem usprawiedliwiony, mam nadzieję.
Pisząc, "puszczam" do Państwa oko, i tak właśnie proszę odbierać i traktować moje nieśmiałe próby... hmm... "pisania". Zapraszam. 

Wesele


   To będzie prawdopodobnie najgorszy tydzień w moim życiu, oby nie ostatni w ogóle. Nie trzeba być szczególnie błyskotliwym, żeby postawić taką diagnozę. Dopiero poniedziałek, a ja zestresowany przestaję normalnie funkcjonować. Nic nie pomaga. Nie jestem w stanie skupić się na czymkolwiek. Zaczynam się przyglądać paznokciom i poważnie się zastanawiam, czy nie jest to odpowiednia chwila, żeby zacząć je obgryzać - traktuję to jednak jako ostateczność. Próbuję czytać: jedną stronę książki męczę pół godziny, gubię wątek, litery zaczynają dzikie tańce - odpuszczam. Chwytam się najprostszych, a zarazem najskuteczniejszych sposobów, więc sprawdzam w sieci, czy przypadkiem jakaś gwiazda nie powiększyła sobie cycków. Nawet to nie koi bólu i nie pozwala zapomnieć o tym, co zbliża się nieuchronnie, czyli o weselu.

   Wesela nie są moim ulubionym rodzajem rozrywki, mimo to jestem w stanie godnie przeżyć kilka godzin na tego typu imprezie. Ta uroczystość będzie jednak szczególna, wyjątkowa, ponieważ zostałem zaproszony przez wpływową osobę - nobilituje mnie to, ale jednocześnie stawia w niezręcznej sytuacji. Koledzy, wędkarze, dowiedzieli się, że spotkał mnie taki zaszczyt, więc postanowili wykorzystać okazję.
   - Stary jest naszą jedyną nadzieją - wędkuje, zna problem i - co najważniejsze - ma wejścia. Poproś go o pomoc - w głosach znajomych wyczuwałem desperację.
   - Odbiło wam? Na weselu jego córki mam go prosić o interwencję w sprawie tego łachudry, dzierżawcy jeziora? O nie! Wyjdę na idiotę, ludzie! - protestuję. - Dobrze wiecie, że gdybym mógł, to udusiłbym tego złamasa własnymi rękoma. Chłopaki, proszę... - staram się odwieść ich od szalonego pomysłu.
Po długiej rozmowie dociera do mnie, że to rzeczywiście będzie jedyny skuteczny sposób na rozwiązanie naszego problemu.
   - Dobra, pogadam ze starym, macie moje słowo - zapewniłem. - Poproszę go o przysługę, przecież mnie nie zabije, nie? - nikt nie zaprzeczył ani nie potwierdził.

   Sobota. Muzykę słyszę z daleka, jestem na miejscu. Mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią - nie pomaga mi to. Pogoda dopisała. Uroczystość - zgodnie z planem - odbywa się na świeżym powietrzu, którego - tak się składa - będę dziś dużo potrzebował. Rozglądam się, obserwuję gości. Michael, najmłodszy syn starego, zauważa mnie pierwszy, przyjaźnie macha do mnie. Odwzajemniam gest. Chłopak przywiózł na wesele siostry swoją dziewczynę, pewnie chce ją przedstawić ojcu. Po minucie zapomniałem, jak wyglądała ta dziewczyna. Żeby poprawić pamięć, postanawiam strzelić sobie głębszego. Napatoczył się kelner, niósł tacę z kieliszkami wina. Trudno, może być wino - wypiłem porcję jednym haustem. Nie jest to idealne lekarstwo, ale co poradzić. Staram się nie rzucać nikomu w oczy - nawet żałuję, że nie ubrałem swojego wędkarskiego wdzianka, tego w trzcinowe wzory. Zaczynam powtarzać wyuczoną kwestę, marudzę słowa pod nosem. Jakieś grube babsko zauważyło to, wyszeptało coś do swojego partnera, przyglądali się mi. Ale wtopa. No to błysnąłem! Z opresji ratuje mnie Santino - najstarszy syn starego. Wita mnie uprzejmie, po czym zabiera do ojca. W jednej chwili zapomniałem, po co przyszedłem i jak się nazywam. Nawet zapomniałem, jak się normalnie chodzi, prawie się wywaliłem na to babsko, które tak się na mnie gałowało. Wchodzimy do domu, idziemy ciemnym, długim korytarzem, zatrzymujemy się przed wielkimi, dębowymi drzwiami. Wchodzimy. Od razu zauważyłem starego - siedział za ogromnym biurkiem (pojmuję, po co takie szerokie drzwi). Stary Corleone przygląda się mi, wyciąga ręce w moim kierunku, i mówi:
   - Jacku, mój przyjacielu, witaj.
   - Dzień dobry - ledwo wykrztusiłem z siebie, jednocześnie całując mu dłoń. Po czym dodałem: - Bardzo dziękuję za zaproszenie. To dla mnie wielki honor i zaszczyt - skłamałem.
   - Tom (Tom Hagen, jego cwany consigliere) przekazał mi twoją prośbę - oznajmił gruby.
   - Co postanowiłeś? - nieśmiało zapytałem.
   - Znam cię od wielu lat, ale o pomoc prosisz po raz pierwszy. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zaprosiłeś mnie na ryby lub na kawę. Moja żona z twoją żoną należą do tego samego klubu kwiatowego. Bądźmy szczerzy - nie chciałeś mej przyjaźni...
   - Nie chciałem mieć kłopotów - wtrąciłem.
   - Rozumiem. Znalazłeś tutaj raj, chronił cię osiedlowy monitoring, straż sąsiedzka. Nie potrzebowałeś mej przyjaźni. A teraz przychodzisz do mnie, nie prosisz z szacunkiem, nie proponujesz przyjaźni, nie zwiesz mnie ojcem chrzestnym. W dniu ślubu mej córki prosisz, bym interweniował...
   - Byś wymierzył sprawiedliwość! - wysyczałem przez zaciśnięte zęby.
   - Przecież możecie łowić - stwierdził.
   - Nakrzycz na niego! Niech cierpi, tak jak my cierpimy! Co mam dla ciebie zrobić? - prawie wywrzeszczałem.
   - Jacku, co ja ci zrobiłem, że mnie tak nie szanujesz? Gdybyś przyszedł w przyjaźni, to drań, który przetrzebił jezioro, który codziennie nasyła swoich rybaków, który kłamie, że zarybia, który zdziera tak wielkie pieniądze za zezwolenia na połów, zostałby ukarany już dziś! I gdyby ktoś tak uczciwy jak ty miał wrogów, twoi wrogowie byliby moimi wrogami. A wtedy obawialiby się ciebie - stary mówi wolno, cały czas patrzy mi w oczy.
   - Będziesz mym przyjacielem, ojcze chrzestny? - proszę ze łzami w oczach.
   - Dobrze. Pewnego dnia, może on nigdy nie nadejdzie, poproszę cię o przysługę. Ale póki co, dam ci tę satysfakcję - jako prezent w dniu ślubu mej córki.
   - Dziękuję, ojcze chrzestny - wzruszony, ledwo mówię i całuję zbawcę w rękę.
Powoli wycofuję się i odwracam w stronę drzwi. Zdążyłem jeszcze usłyszeć, jak stary mówi do Toma:
   - Zleć to Clemenzy’emu. To musi załatwić ktoś opanowany. Nie jesteśmy przecież bandytami, choć ten wędkarz tak uważa.

   Kilka dni dochodziłem do siebie. Miałem wyrzuty. W co ja się wdałem?
Gdy starałem się zapomnieć o całej sprawie, pewnego popołudnia pojawił się w drzwiach mojego domu... dzierżawca jeziora. Od progu zaczął mnie przepraszać, prosić o przekazanie przeprosin kolegom wędkarzom. Zaczął zapewniać, że zarybi wodę: mają wrócić sandacze, wielkie leszcze. Przyrzekł, że rybacy już nie będą nam przeszkadzać. Zapewnił o swojej przyjaźni. Wysłuchałem go w milczeniu, po czym stanowczo powiedziałem:
   - Obyś dotrzymał słowa! No!

   - Kochanie, wstawaj, już dziewiąta - żona delikatnie budzi mnie.
   - Cieszę się, że cię widzę - szepczę z ulgą i jednocześnie przeciągam się. Dodaję - ale miałem dziwny sen. Nie wyspałem się, jestem zmęczony, boli mnie głowa. Wiesz, śniło mi się, że byłem zaproszony na...
   - Opowiesz mi później. Teraz zrobię ci kawę - przerywa mi żona. Po chwili dodaje - aha, zapomniałabym: gdy spałeś, był jakiś człowiek. Powiedział, że pracuje dla pana Cor... Corleone, który to będzie prosił cię o przysługę. Ktoś chce coś zamówić u ciebie, kochanie? Włosi? - żona pyta z uśmiechem.
   - Coooo jest? - głośno pytam sam siebie. Zerwałem się na równe nogi, serce miałem w gardle. Zacząłem się pospiesznie ubierać.
   - Będę musiał wyjechać z miasta! - Natychmiast poprawiam się - no znaczy... yyy... ze wsi! No z domu! Nie wiem, kiedy wrócę! - wykrzyczałem.
   - Jedziesz na ryby? - pyta. - Zrobię ci kanapki - dodaje i wychodzi do kuchni.
   - Ci przeklęci, mściwi makaroniarze! Corleone, Tubertini, Trabucco, Milo! Jasna cholera, znajdą mnie! - krzyczę.
   - Mówiłeś coś do mnie, skarbie?



* Tubertini, Trabucco, Milo - włoskie firmy produkujące sprzęt wędkarski.

sobota, 2 stycznia 2016

Nowy rok, nowe wyzwania

Mam nadzieję, że nowy rok będzie dla nas wszystkich fantastyczny pod każdym względem. Napiszę bez wahania - wierzę w to. Życzę wszystkim, aby pasja była tym, co napędza i daje radość. Uśmiechajmy się do siebie, cieszmy się radością innych, miejmy w sobie nadzieję. Tym wszystkim, którzy w ubiegłym roku zostawili na tym blogu swój ślad, dziękuję szczególnie. Kieruję szczery uśmiech w Państwa stronę. O tym, że wielką radość czerpię z każdej możliwości wykonania dla Państwa nawet najmniejszej literki, wspominać raczej nie muszę, bo tak było, tak jest i tak już zapewne pozostanie. Dziękuję.

Gwiazda, którą kiedyś "wymyśliłem", uśmiechnie się ponownie. Czy ten uśmiech nie jest zaraźliwy?

        

środa, 9 grudnia 2015

Rebus?

Ampersand i serce, czyli... hmm. Poddaję się, nie mam sensownego wytłumaczenia tego zestawienia. Mógłbym napisać, że to niezwykle wysublimowany rebus, ale pewnie nie zabrzmiałoby to wiarygodnie. W związku z tym napiszę, że to zwykły rebus, niewysublimowany. Jeżeli ktoś miałby ciekawą sugestię lub nawet rozwiązanie, to byłbym zobowiązany.


wtorek, 20 października 2015

Nazywam się Róż, Pudrowy Róż

Ostatnimi czasy agent Róż mocno się uaktywnił. Może nie do końca w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości, ale na pewno w służbie drewnianym inicjałom. Nie wiem, jakie są tego przyczyny, ale takie są fakty. Być może sytuacja tego wymaga, nie wnikam. Niestety, aktualne misje nie obejmują przydziału Martini, oliwek, Aston Martinów, długopisów ze spadochronem i innych męskich zabawek. Szkoda, wielka szkoda. Nastąpiła również pewna zmiana w przypadku serwowania, bo tutaj trzeba mieszać, nie wstrząsać - farba akrylowa wodorozcieńczalna nie lubi wstrząsania, akceptuje za to delikatne mieszanie.

Agent Róż pojawi się ponownie w następujących wpisach:

- "Pozdrowienia z pracowni",
- "Maluje się tylko dwa razy",
- "Drewniane litery są wieczne",
- "Człowiek ze złotym aerografem",
- "Bloger, który mnie nie kochał",
- "Licencja na malowanie",
- "Drewno nie umiera nigdy",
- "Blog to za mało".



środa, 16 września 2015

Inicjały A & S, czyli mój ostatni raz

Jestem przekonany, że każdy z nas ma takie doświadczenia, których za wszelką cenę nie chce powtórzyć. Powody mogą być różne - i obiektywne,i subiektywne, i licho wie jakie jeszcze. Moja lista przeżyć, które są dla mnie traumatyczne, jest długa. Pewniaki są następujące: nikt już mnie nie namówi na malowanie drewna farbą ftalową; za żadne skarby nie obejrzę w telewizji paradokumentu, telenoweli i innych rolników, którzy kogoś szukają; nigdy nie kupię książki, która ma litery o wysokości jednego milimetra (chciałoby się powiedzieć - kto to widział?); nigdy już nie zjem w nocy kilku gruszek; a co najważniejsze - nie porwę się nigdy na wykonanie tytułowych inicjałów, czyli takich, które są duże i tworzą jeden element. Nie, nie, nie, prawdopodobnie nie, raczej nie, hmm, no może kiedyś. Tylko gruszki... tfuuu, tylko krowy - podobno - nie zmieniają zdania.